Przez dwa dni polski internet wydawał wyrok na Fundację Cancer Fighters za pieniądze, które wpłynęły w kwietniu, na podstawie dokumentów, które opisują zeszły rok. Tak w jednym zdaniu wygląda sprawa, którą media nazwały aferą Cancer Fighters. W poniedziałek 28 września „Rzeczpospolita” opublikowała tekst o spółce Boxing Challenge, należącej do fundacji i organizującej charytatywne gale bokserskie. Ustalenia dotyczyły roku 2025: wynagrodzenia prezesa tej spółki i łączenia przez niego kilku funkcji. Tytuł natomiast mówił o zbiórce Łatwoganga i o tym, co fundacja „kryje”. Reszta wydarzyła się sama.
Piszę o tym, bo zawodowo zajmuję się SEO, PR i ochroną reputacji w sieci, a w Fundacji Usuwanie Hejtu codziennie oglądam skutki takich fal. Mechanizm jest zawsze ten sam: prawdziwe fakty, stare dane, nowy tytuł i oburzenie, które uderza w ludzi mających z opisaną sprawą niewiele wspólnego. Tym razem uderzyło w organizację, na której konto Polacy wpłacili rekordowe 292,7 mln zł, i w pacjentów, dla których te pieniądze są przeznaczone. Warto tę historię rozebrać na części, bo za rok lub dwa przydarzy się komuś innemu.
Co napisała „Rzeczpospolita”
Tekst Dominiki Pietrzyk ukazał się na rp.pl w poniedziałek o 4.30 rano pod tytułem „Pół roku od zbiórki Łatwoganga. Co kryje fundacja Cancer Fighters?”. Pierwsze zdanie przypominało kwietniową akcję „Diss na raka”, dziewięciodniową transmisję na żywo i rekordowe 292,7 mln zł. Dalej artykuł zajmował się już czymś innym: spółką Boxing Challenge, w której fundacja ma 100 proc. udziałów i która od kilku lat organizuje gale bokserskie pod szyldem Cancer Fighters. Za zaporą płatności zostało 97 proc. tekstu. Większość osób, które tego dnia dyskutowały o sprawie, widziała więc tytuł, pierwszy akapit i zdjęcie.
Ustalenia dziennika były konkretne. Ze sprawozdania finansowego spółki za 2025 r. wynika, że nie zatrudniała ona nikogo poza prezesem, a z 355,1 tys. zł jej łącznych kosztów 218,2 tys. zł stanowiło jego wynagrodzenie, czyli średnio prawie 18 tys. zł miesięcznie. W tym czasie spółka zorganizowała cztery gale i zebrała na nich około miliona złotych. Prezes Boxing Challenge Jakub Michalski był jednocześnie dyrektorem zarządzającym fundacji oraz prezesem i wspólnikiem agencji PR Cloud Eleven, która obsługiwała Cancer Fighters od 2019 r.; w 2026 r. wartość jej usług dla fundacji wyniosła 89 tys. zł. Ekspertka Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska zwróciła uwagę, że koszty organizacji gal wyglądają na zaskakująco niskie jak na skalę takich imprez. Fundacja tłumaczy to barterem z partnerami.
Chcę to powiedzieć wyraźnie: to są pytania, które wolno i trzeba zadawać organizacji dysponującej setkami milionów złotych z publicznych wpłat. Łączenie trzech funkcji w jednych rękach to podręcznikowy konflikt interesów. To, że pieniądze zebrane na galach przechodzą przez spółkę wydającą większość swoich kosztów na pensję prezesa, zasługuje na wyjaśnienie. Praca dziennikarska została wykonana. Problem zaczyna się piętro wyżej, w tytule, i w tym, co z tego tytułu zrobił internet.
To z tamtego roku
Najważniejsze w tej sprawie są daty, a właśnie daty zniknęły z dyskusji jako pierwsze. Wystarczy ułożyć je w kolejności.
| Kiedy | Co się wydarzyło |
|---|---|
| 2019-2026 | Fundacja współpracuje z agencją PR Cloud Eleven, kierowaną przez Jakuba Michalskiego |
| rok 2025 | Boxing Challenge organizuje cztery gale; koszty spółki 355,1 tys. zł, z czego 218,2 tys. zł to wynagrodzenie prezesa (dane ze sprawozdania za ten rok) |
| wrzesień 2025 | Jakub Michalski przestaje być dyrektorem fundacji; łączenie trzech funkcji się kończy |
| kwiecień 2026 | „Diss na raka”: na konto fundacji trafia 292,7 mln zł |
| 28 września 2026 | „Rzeczpospolita” publikuje tekst o Boxing Challenge z tytułem o zbiórce Łatwoganga |
| 29 września 2026 | Fundacja publikuje oświadczenie i zapowiada likwidację spółki; Łatwogang zapewnia, że wszystkie pieniądze ze zbiórki idą dla dzieci |

Wniosek z tej tabeli jest prosty. Liczby, które poniosły internet, pochodzą ze sprawozdania za 2025 r., czyli z czasu, gdy rekordowej zbiórki jeszcze nie było. Konflikt interesów, który dziennik słusznie wskazał, fundacja według własnego oświadczenia rozwiązała rok przed publikacją, we wrześniu 2025 r. Pieniądze z „Dissu na raka” wpłynęły w kwietniu 2026 r. i w dokumentach za 2025 r. nie ma ich z oczywistego powodu. Na to, jak wpłynęły na finanse fundacji, trzeba poczekać do sprawozdań za rok bieżący, co zauważyła część mediów relacjonujących sprawę. W żadnym z ujawnionych dokumentów nie ma śladu, by choć złotówka z tej zbiórki trafiła do Boxing Challenge.
Fundacja ujęła to w oświadczeniu jednym zdaniem: „Sami to dostrzegliśmy i sami już rok temu rozwiązaliśmy tę sytuację”. Do tego oświadczenia można mieć zastrzeżenia, do czego jeszcze wrócę, ale akurat tej daty nikt nie podważył.
Mimo to pod kolejnymi artykułami dominowało jedno pytanie: gdzie są pieniądze ze zbiórki. Internauci pytali o 292 mln zł, choć opisane wątpliwości dotyczyły spółki i jej powiązań, a nie rozliczenia zbiórki. Nie zgadza się nawet skala: 218,2 tys. zł rocznej pensji prezesa to mniej niż jedna dziesiąta procenta kwoty, o którą ludzie się bali. Tej pensji trzeba bronić. Fundacja ma prawo zarabiać pieniądze z działalności a prezes fundacji ma prawo posiadać inne firmy. Zwracam uwagę, że w jednej dyskusji pomieszano dwa różne lata, dwa różne podmioty i dwa różne rzędy wielkości, a potem na tej mieszance wydano wyrok.
Jak działa taki tytuł
Tytuł „Pół roku od zbiórki Łatwoganga. Co kryje fundacja Cancer Fighters?” jest zbudowany wzorcowo z punktu widzenia zasięgów i bardzo źle z punktu widzenia czytelnika. Składa się z trzech elementów. Jest kotwica, czyli zbiórka Łatwoganga, najbardziej rozpoznawalne wydarzenie polskiego internetu w tym roku. Jest słowo „kryje”, które z góry zakłada, że jest coś do ukrycia. Jest wreszcie znak zapytania, dzięki któremu redakcja formalnie niczego nie twierdzi. W dziennikarstwie od lat krąży żartobliwa zasada, zwana prawem Betteridge’a, że na każdy tytuł zakończony pytajnikiem odpowiedź brzmi „nie”. Czytelnicy w mediach społecznościowych odpowiadają jednak odwrotnie.
Mechanika jest następująca. Pierwsze zdanie tekstu przypomina o 292,7 mln zł, a dopiero dalej autorka przechodzi do spółki Boxing Challenge. Dla subskrybenta to płynne wprowadzenie do tematu. Dla osoby, która widzi wpis na Facebooku, to komplet informacji: zbiórka, setki milionów, „co kryje”. Reszta tekstu jest za zaporą płatności, więc większość komentujących nigdy nie doczytała, że mowa o sprawozdaniu za 2025 r. i o spółce, a nie o fundacji. Tytuł i pierwszy akapit zrobiły całą pracę za artykuł.
Dalej działa to, co w ochronie reputacji nazywam kaskadą. Portale przepisują tekst w ciągu kilku godzin, a każdy kolejny tytuł jest o stopień mocniejszy od poprzedniego. W tej sprawie w jednym dniu obok „ustaleń” pojawiły się „pytania o finanse”, „burza”, „afera”, „pod lupą”, „prześwietlają” i „pod ostrzałem”. Żaden z tych tytułów nie kłamie. Każdy zdejmuje jedną warstwę kontekstu. Na końcu łańcucha jest użytkownik, który z całej sprawy zna dwa słowa: Cancer Fighters i afera. Algorytmy mediów społecznościowych wzmacniają wpisy wywołujące emocje, a gniew jest emocją najtańszą w produkcji. Dlatego wyrok zapadł w poniedziałek, a oświadczenie fundacji ukazało się we wtorek, gdy zasięg sprawy był już ustalony.
Jest jeszcze jeden element, o którym mówi się rzadko. Tekst o zdarzeniach z 2025 r. można było opublikować w dowolnym momencie od chwili, gdy sprawozdanie spółki trafiło do rejestru. Osadzono go jednak w czasie zbiórki, a nie w czasie opisywanych zdarzeń. Nie wiem, czy był to świadomy wybór redakcji, czy odruch, i nie będę tego zgadywać. Skutek jest ten sam: data w tytule nie jest datą faktów, lecz datą, która ma przyciągnąć uwagę. Właśnie ta różnica umknęła większości czytelników i właśnie na niej zbudowano cały zasięg.
Kto płaci rachunek
Rachunek płacą cztery strony i żadna z nich nie jest redakcją.
Na pierwszym miejscu jest fundacja. Można ją krytykować, i zaraz to zrobię, ale jej problem w poniedziałek nie polegał na pensji prezesa spółki zależnej. Polegał na tym, że setki tysięcy ludzi, którzy w kwietniu wpłacili pieniądze, zaczęły się zastanawiać, czy zostały oszukane. Zaufanie darczyńców jest jedynym prawdziwym kapitałem organizacji charytatywnej, a odbudowuje się je latami.
Dalej są pacjenci. Fundacja podaje, że z zebranej kwoty przeznaczyła już ponad 100 mln zł: zamknięto zbiórki 323 pacjentów na łącznie ponad 30 mln zł, po milionie złotych ma trafić do 17 dziecięcych oddziałów onkologicznych, 52 mln zł ma pójść na modernizację klinik w Szczecinie, Olsztynie i Białymstoku, a od 1 października rusza program grantowy dla małych organizacji z budżetem 2 mln zł. To są liczby, które same w sobie powinny być wiadomością tygodnia. Zamiast tego stały się przypisem do afery.
Jest też sam Łatwogang, który w tym tygodniu musiał napisać wielkimi literami, że wszystkie pieniądze ze zbiórki idą dla dzieci. Człowiek, który przez dziewięć dni prowadził transmisję, dzięki której zebrano najwięcej pieniędzy w historii polskiego internetu, tłumaczył się z pensji prezesa spółki zależnej fundacji za rok, w którym tej zbiórki jeszcze nie było.
Czwartą stroną jest dziennikarstwo śledcze. Jeśli każda rzetelna analiza sprawozdań finansowych będzie opakowana w tytuł o aferze, to przy następnej, naprawdę poważnej sprawie czytelnicy wzruszą ramionami. Zasięg kupiony dziś jest pożyczony od wiarygodności jutra. Druga sprawa Rzeczpospolita powinna zapytać wcześniej strony publikacji o ich pogląd by mogły odnieść się do sprawy. Tak robią poważne media. Pytają o komentarz. Niestety nie każda gazeta i redakcja działa w sposób fachowy.
Teraz krytyka fundacji, bo bez niej ten tekst byłby nieuczciwy. Oświadczenie ukazało się we wtorek, ponad dobę po publikacji. W kryzysie reputacyjnym to wieczność. Fundacja napisała, że decyzję o likwidacji Boxing Challenge podjęto tuż po „Dissie na raka” i że planowano już tylko jedną, pożegnalną galę. Tymczasem jeszcze we wtorek strona spółki zapowiadała trzy kolejne gale, jedną w Gorzowie i dwie w Warszawie; zniknęły dopiero po kolejnym tekście „Rzeczpospolitej”. Fundacja podkreśla, że dyrektor nie pobierał w niej wynagrodzenia. To zdanie jest prawdziwe i jednocześnie niepełne, bo pobierał je w spółce zależnej, której fundacja jest jedynym właścicielem, co dziennik od razu dopisał. Współpraca z agencją PR dyrektora trwała do 2026 r., a więc także po jego odejściu z fundacji. Właśnie z tego powodu warto współpracować za wczasu z Fundacją Usuwanie Hejtu.
Każdy z tych elementów z osobna jest drobiazgiem. Razem tłumaczą, dlaczego dziennik miał co opisywać, i pokazują błąd, który widzę w większości kryzysów: organizacja odpowiada na zarzuty, ale nie porządkuje własnych stron, na których dziennikarz za chwilę znajdzie kolejny temat. Na plus trzeba fundacji zapisać, że podała konkretne liczby, zapowiedziała badanie dokumentów przez biegłego rewidenta po zakończeniu roku wraz z publicznym udostępnieniem wyników, a decyzje o wydatkach konsultuje z Radą Ekspercką złożoną z przedstawicieli środowiska medycznego. To właściwy kierunek, tylko spóźniony o dzień i o kilka zdań.
Jak czytać takie wiadomości
Najprostszy nawyk, który w mojej pracy ratuje ludzi przed udostępnieniem czegoś, czego potem się wstydzą, to szukanie w tekście roku, którego dotyczą liczby, a nie daty publikacji. Artykuł z września 2026 r. może opisywać sprawozdanie za 2025 r., umowę z 2019 r. i decyzję sprzed roku. W tej sprawie wystarczyło doczytać do drugiego akapitu któregokolwiek z omówień, by zobaczyć, że mowa o roku 2025.
Równie ważne jest pytanie, o kim właściwie jest tekst. Fundacja, jej spółka zależna i agencja PR to trzy różne podmioty z trzema różnymi budżetami. Pensja w spółce nie jest pensją w fundacji, a koszty spółki nie są kosztami zbiórki. Mieszanie tych pojęć jest wygodne dla autorów tytułów i zgubne dla czytelników.
Warto też patrzeć na formę tytułu. Pytajnik, słowa takie jak „kryje”, „ujawnia”, „prześwietla” czy „pod lupą” oraz zestawienie ogromnej kwoty z drobną nieprawidłowością to sygnały, że tytuł pracuje na emocje. Nie znaczy to, że tekst jest zły. Znaczy, że trzeba go przeczytać do końca, zanim się go skomentuje. Jeśli tekst jest za zaporą płatności, a chcemy się o nim wypowiadać, to uczciwie jest albo zapłacić, albo poczekać na omówienia, które przytoczą szczegóły.
Ostatnia rzecz to czas. Stanowisko drugiej strony pojawia się zwykle w ciągu doby lub dwóch. Oburzenie, które poczeka te dwa dni, niczego nie traci, a bardzo często okazuje się zwyczajnie niepotrzebne. Fala, która poszła w poniedziałek, we wtorek wieczorem miała już kompletny zestaw odpowiedzi: daty, kwoty, zapowiedź audytu i likwidację spółki. Prawie nikt z tych, którzy w poniedziałek wydali wyrok, we wtorek go nie odwołał.
Dla organizacji lekcja jest inna. Sprawozdanie finansowe spółki zależnej jest jawne i prędzej czy później ktoś je przeczyta; lepiej, żeby pierwszym, kto je objaśni, była sama organizacja. Strona internetowa, kalendarz wydarzeń i oświadczenie muszą mówić jednym głosem, bo każdą rozbieżność między nimi dziennikarz znajdzie w godzinę. Odpowiedź w kryzysie powinna pojawić się tego samego dnia i składać się z dat oraz kwot, nie z zapewnień. Fundacja Cancer Fighters zrobiła w końcu większość z tych rzeczy, tylko o dobę za późno.
Co z tego wynika
Dwie rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie. „Rzeczpospolita” zadała pytania, na które fundacja dysponująca setkami milionów złotych z publicznych wpłat powinna odpowiedzieć, i część odpowiedzi wciąż jest niepełna. Zarazem tytuł tego tekstu sprawił, że internet osądził rok 2026 na podstawie dokumentów z roku 2025, a fundację na podstawie spółki. Karę ponieśli ludzie, którzy w kwietniu zrobili coś dobrego, i pacjenci, którzy na te pieniądze czekają.
Jestem za twardym dziennikarstwem finansowym. Jestem przeciwko tytułom, które myślą za czytelnika. I jestem za tym, by przed udostępnieniem czegokolwiek sprawdzić trzy rzeczy: rok, podmiot i znak zapytania. To kilka sekund, które w tej sprawie oszczędziłyby fundacji, jej darczyńcom i pacjentom wielu niepotrzebnych nerwów.




